kardiogram
Uncategorized

Mordowanie jako tarcza przed duchowością

Od dłuższego czasu mam dość trudny etap duchowy. Nie radzę sobie z wieloma rzeczami, a ponieważ chciałabym być święta i nieskalana (najlepiej za życia) to ciężko mi o tym mówić. Mówienie o tym to niejako przyznanie się na piśmie przed innymi, a co najważniejsze przed samą sobą, że sytuacja nie jest taka jakiej by się oczekiwało.

Skąd to się bierze?
Ze słabej woli. Z jednej strony jest we mnie część cielesna, która w jakiś tajemniczy i konsekwentny sposób dąży do zabijania mojej relacji z Panem. Z drugiej strony mam też duszę, która tęskni za spotkaniem z Bogiem i motywuje mnie do podejmowania walki o siebie. Od tego, która w danym momencie wygrywa zależy czy jestem na “duchowych wyżynach”, czy też rzeczywistość duchową pogrzebałam i udaję, że ona nie istnieje.

Jak uciec od duchowości?
W życiu codziennym jestem w tym ostatnio doskonała. Doskonała w ucieczce od duchowości- piękny oksymoron, wyznany przez kogoś, kto deklaruje, że chce być święty… Niestety taka jest prawda. W pędzie pomiędzy pracą, a korepetycjami, pomiędzy szybkimi zakupami jedzeniowymi, a oglądaniem netflixa (?) łatwo jest uciec od tego rozpaczliwego krzyku duszy. W weekendy studia i szkoła policealna, w tygodniu praca i korepetycje. Jak uciec od duchowości? W moim (i chyba nie tylko moim) przypadku wystarczy zabić ciszę.

Cisza daje nam nowe spojrzenie na wszystko. Potrzebujemy ciszy, abyśmy potrafili docierać do dusz. Podstawową sprawą jest nie to, co my mówimy, lecz to, co mówi Bóg do nas i przez nas.”
Matka Teresa z Kalkuty

Mordowanie ciszy jest doskonałym narzędziem zabijania duchowości
Gdy nie słyszysz ciszy, nie słyszysz swojej duszy.
Gdy nie słuchasz duszy zagłuszasz Boga.
Gdy zagłuszasz Boga słuchasz kogoś innego.
Mając coraz mniejszą styczność z Bogiem coraz mniej Ci go brakuje.
A skoro Ci nie brakuje Boga to po co miałbyś Go szukać?

Jest nadzieja
Ja wychodzę z mojego dołka w kilku sytuacjach. Nie oceniam ich w kontekście dobre-złe, ważne, że są i pomagają powrócić na łono Kościoła żyjącego.
Jedną z takich sytuacji jest moment, gdy jestem tak głęboko na dnie, że w chwili obecnej niżej upaść już się nie da (choć gdybym jeszcze chwilę poczekała Szatan na pewno wskazałby mi drogę na kolejną głębinę). Sytuacja bez wyjścia, gdy widzę, że NAPRAWDĘ sama z siebie nie mam nic i nic nie mogę. Wtedy pozostaje wołać do Boga. I On pomimo całej mojej grzeszności przychodzi zawsze.

“Nie takiego bowiem mamy arcykapłana, który by nie mógł współczuć naszym słabościom, lecz doświadczonego we wszystkim na nasze podobieństwo, z wyjątkiem grzechu. Przybliżmy się więc z ufnością do tronu łaski, abyśmy otrzymali miłosierdzie i znaleźli łaskę dla [uzyskania] pomocy w stosownej chwili. ” (Hbr 4,15-16)

Kiedy jeszcze?
Wychodzę z niej też poprzez rozmowy z dobrymi ludźmi. Pan Bóg stawia na mojej drodze przedobrych, przeBożych, przewiernych ludzi. Niestety ja to wszystko psuję (nawet teraz płaczę pisząc ten fragment). Mimo wszystko wiem, że w każdej chwili mogę się zwrócić po pomoc, porozmawiać oraz poprosić o modlitwę. I wiem też, że oni wpatrując się w Niego uczą się jak słuchać i jak przebaczać i dzięki Niemu są tak miłosierni.

Nie umarła dusza, ale śpi. Obudź mnie, Panie!” (bł. Honorat Koźmiński)
Ostatnią z sytuacji, gdy wychodzę z błota grzechu i obumarcia jest cisza i czas, który daję sobie i Panu Bogu. Bez wielkich nacisków, bez wielkich wymagań, bez sztuczności. Tylko czas i wiara w to, że On zadziała. Wiara, która objawia się w pokornym wołaniu: “Przyjdź!”. Tylko tyle i aż tyle. Niemal bezdźwięcznie zasuszonymi wargami duszy, które lękliwie, z pewnym niedowiarstwem, zabrudzeniem i skażeniem przez poprzednie uczynki wołają: “Marana Tha”.

I On zawsze przychodzi utula, uzdrawia, budzi do życia, gdy wie, że serce woła szczerze...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *