Uncategorized

Krzyż Ameryki. Dziennik z pieszej drogi przez kontynent

Ostatnio w moje ręce trafiła książka od wydawnictwa SUMUS. Jest to książka, która obudziła na nowo moje ogromne pragnienie, które mam od dłuższego czasu w swoim sercu. Myślę, że wielu z was o nim wie  i nie zdziwi was informacja, że marzę o samotnej pielgrzymce bez zapasów i zdając się na łaskę Bożą. Chciałabym wyruszyć z plecakiem na plecach przed siebie, a dokładniej obierając za cel któreś z sanktuariów na świecie. Wyruszyć posiadając tylko drobną kwotę “w razie niebezpieczeństwa”, a w czasie drogi w kwestii jedzenia i noclegów polegać na mieszkańcach mijanych wsi i miasteczek. Pragnienie czasem jest tak silne (najsilniejsze przy trudnościach życiowych, ale wiem, że byłaby to ucieczka przed problemami), że mam ochotę spakować się i wyjść kolejnego poranka.

Niestety pomijając poczucie odpowiedzialności i świadomość, że mając pracę i zobowiązania nie da się wyjść i z dnia na dzień zdecydować o tak radykalnym kroku są jeszcze inne kwestie, które nurtują moje sumienie. Kluczową rolę gra tutaj pytanie, czy ta pielgrzymka w moim wykonaniu byłaby naprawdę na chwałę Bożą, czy tylko na chwałę moją, aby ukazać jaka to dzielna i silna jestem oraz dodawać przepiękne zdjęcia na instagramie licząc na miliony polubień. Boję się też, że mogłoby to być wystawianie Pana Boga na próbę poprzez rozmyślne stawianie się w niebezpiecznych sytuacjach. A skoro o bezpieczeństwie mowa, często słyszałam, że jako kobieta nie powinnam iść sama. Co jednak troszkę mnie boli, bo moja płeć nie powinna mieć wpływu na możliwość zaatakowania pielgrzyma przez oprawców. Znam jednak realia i wiem, że nie bez powodu opinia o tym, że kobiety są dużo bardziej narażone na niebezpieczeństwo istnieje. Ostatnią troską, o której głównie myślę w kontekście pielgrzymki jest to czy pójście bez zabezpieczenia nie będzie żerowaniem na pomocy innych osób skoro sama posiadam tak wiele (a przynajmniej dużo więcej, niż wielu ludzi na świecie). Z jednej strony jest we mnie chęć totalnego zaufania Bogu i Jego Opatrzności, z drugiej zaś strony chęć bycia tylko stroną obdarowującą i moja trudność w przyjmowaniu pomocy od innych.

Nowe światło w tych wszystkich rozterkach przyszło podczas lektury książki, o której delikatnie wspomniałam we wstępie, a której tytuł na pewno ujrzeliście już na zdjeciu. “Krzyż Ameryki. Dziennik z pieszej drogi przez kontynent” autorstwa Romana Zięby to książka, która pochłonęła mnie na kilka wieczorów. Mając ostatnio trudny i zabiegany czas marzyłam o książce, która będzie łatwa i przyjemna w lekturze, a zarazem niosąca za sobą dobrą treść. I ta książka jak najbardziej spełniła moje oczekiwania. Czytać mogłam z przyjemnością, a emocje, które były we mnie (pomimo trudów wędrówki autora) to głęboka radość i wdzięczność. Z książki wypływa głównie dobro, które widzimy podczas spotkań z mieszkańcami Ameryki, pasjonujących opisów przyrody oraz wielu sytuacji, które wydawały się być bez wyjścia, a przez które zawsze przebijała niewysłowiona wierność Stwórcy i Jego Opatrzność chroniąca człowieka. Autor z wielką wrażliwością na drugiego człowieka i z zachwytem wolnym od uprzedzeń opowiada o spotkaniach z ludźmi wyznającymi inne poglądy polityczne, będących w różnym wieku, stanie życia, o różnych wykonywanych zawodach, pochodzących z innych miejsc zamieszkania, a także będących wyznawcami wielu religii. Nie ma tu podziałów, a jest zjednoczenie. Jest ciekawość inności, a nie postawa uprzedzenia i zamknięcia. Nie ma upartej i nieroztropnej samodzielności, a jest wdzięczność za każdą pomoc. Nie ma egoizmu, a tęsknota za innymi i pamięć w modlitwie o potrzebujących. Nie ma osamotnienia, a jest samotność, która pokazuje jak wiele kryje się w duszy człowieka i jak wiele potrafi przed nami samymi odkryć czas na odosobnieniu. Nie ma pokazanej iluzji pobożności na pielgrzymce, widzimy natomiast żywą relację z Bogiem, gdzie nawet każdy kolejny postawiony krok w milczeniu może być ofiarowany jako modlitwa. Nie ma żądań, jest ufność i wdzięczność.

Jakże dalekie od widzianej na co dzień rzeczywistości jest to o czym czytam… Dlaczego jednak dalekie? Bo często ja zapominam, że jestem na tym świecie jedynie przechodniem, że nie należy mi się nic, a moje życie jest łaską darmo daną. Dalekie, bo tak często oceniam drugiego człowieka zanim dobrze go poznam i postaram się zrozumieć motywacje kierujące jego zachowaniem. Tak często staram się mówić Bogu co ma robić, lub co jeszcze gorsze nic do Niego nie mówię i udaję, że jest obojętny mojemu sercu. Każdego dnia odmawiam tym, którzy chcą udzielić mi pomocy i uparcie brnę w bezproduktywną bezradność, która chroni mnie przed upadkiem wyobrażonej idealnej mnie (a im szybciej ten obraz runie, tym szybciej uzyskam pomoc i rzeczywiście stanę na nogi, bez pozornego udawania). A najbardziej dalekie jest to od rzeczywistości, bo zbyt rzadko doświadczam niedostatku i nie umiem dziękować za wszystko co mam. Jestem pełna podziwu dla autora tej książki, że otworzył przed nami tak dużą przestrzeń swojego serca i wzbudził refleksję, że w pielgrzymce nie są najważniejsze kilometry na asfalcie, a droga 40 cm, którą musimy pokonać z naszego mózgu do serca.

link do książki: https://sumuswydawnictwo.pl/pl/p/Krzyz-Ameryki.-Dziennik-z-pieszej-drogi-przez-kontynent/858

2 komentarze

  • Sebastian

    „Krzyz Ameryki” nie jest typowa ksiazka o pielgrzymowaniu, chociaz 190 dni pieszej wedrowki dwoma szlakami przez kontynent Ameryki Polnocnej wypelniala modlitwa milionow krokow. To opowiesc o krzyzu, czyli o zadaniu, jakie czlowiek dostaje do wykonania na swoja droge i o nadziei, ktora uobecnia sie w tym znaku w chwilach najciezszej proby. Wojtek i ja przemierzylismy Ameryke dwoma trasami, ktore ulozyly sie na mapie w znak krzyza i przeciely w Denver. Przez szesc miesiecy przebywalismy wewnatrz paschalnego znaku, ktory symbolizuje smierc, a zarazem otwiera droge do prawdy o zyciu. Wielka wartoscia tej pielgrzymki byly setki spotkan z Kanadyjczykami, Amerykanami i Meksykanami. Z ludzmi sukcesu i bezdomnymi w Kalifornii, z ranczerami Nevady, Utah, Colorado i Texasu, z mieszkancami wielomilionowych metropolii i z ubogimi mieszkancami meksykanskich faveli, z goscinnymi mormonami, Indianami w rezerwatach, amiszami, zydami mesjanistycznymi, z chrzescijanami niemal wszystkich denominacji – z ludzmi, o ktorych wiedzielismy tylko tyle, ze chcieli udzielic pomocy napotkanemu pielgrzymowi. Najchetniej pomagali albo ci, ktorzy sami mieli niewiele, albo tacy, ktorzy doswiadczyli kiedys cierpienia badz utraty. Pomimo roznic dzielilismy razem wspolne przekonanie: ze gdy w zyciu przychodzi czas ciemnosci, gdy ciezar wydaje sie nie do udzwigniecia – jest to moment niezwyklego spotkania. Takiego, za jakim wszyscy tesknimy. Pierwsza iskra nadziei pojawia sie zawsze na dnie najwiekszej ciemnosci. To jest tajemnica krzyza. O tym jest ta ksiazka.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *